Wrażenia z kolarskiego świata

W zawodach biegowych startuję od 21 czerwca 2013 roku, kilka dni temu minął mój 6 rok startów na przeróżnych biegowych trasach. Ten rok jest o tyle szczególny, że jest także pierwszym w którym startuję również w imprezach kolarskich. Ten pierwszy rok startów na szosie pokazuje także różnice pomiędzy światem biegów, a światem kolarstwa szosowego. W czym ta dysproporcja się wyraża i jakie są moje wrażenia z obecności w kolarskim świecie?

Każda impreza biegowa, czy to mniejsza czy to większa charakteryzuje się pewnym niepowtarzalnym klimatem. Uważam, że czuć jedność, wsparcie, nie ma wielkiego współzawodnictwa, a bardziej chęć dotarcia do mety i zdobycia upragnionego medalu. Na finiszu Ultramaratonu Bieszczadzkiego w 2018 roku, wyprzedzony przez innego zawodnika, na mecie były między nami tylko pozytywne emocje. Dodatkowo o tym czy ktoś jest mocny decydują tylko jego nogi i wytrenowanie, mój trener zwykł mawiać „meta zweryfikuje wszystko” i tak faktycznie jest. Sprzęt wszyscy mają podobny, a to czy ktoś biega w obuwiu za 800 zł czy za 300 zł raczej nikogo nie obchodzi. Nigdy też nie słyszałem aby obserwować zegarki innych zawodników, bo zwykle jest to tylko narzędzie podania pulsu i zmierzenia dystansu. Bieganie jest proste, bieganie jest romantyczne, bieganie jest także trudne, jeżeli chce się w nim osiągnąć więcej niż „tylko dobiegnięcie do mety na dystansie 10 km”.

A jak jest w kolarstwie? Moje pierwsze starty zacząłem z rowerem za 3 tyś. złotych (dużo, prawda?). Była to amatorska maszyna, mało zaawansowany osprzęt (Shimano Sora), ciężka aluminiowa konstrukcja. Gdy pierwszy raz na zawodach Duathlon Gniewino wyładowałem swoją szosę z samochodu i zacząłem rozglądać się po okolicy to zrobiło mi się wstyd. Otaczały mnie w większości rowery za kilka lub kilkanaście tysięcy złotych, karbonowe maszyny z najwyższej klasy osprzętem. Ja, ubrany w buty za 300 zł oraz z koszulką z jakiegoś biegu wyglądałem jak Cliff Young w swoim pierwszym starcie w biegu Sydney-Melbourne.

Mój pierwszy typowo kolarski start w tym roku (Cyklo Lębork, 28.04.2019) przejechałem z peletonem kobiet, meldując się na 154 miejscu open na jakieś 300 osób. Nauczyłem się sporo o jeździe w peletonie, pierwszy raz spotkałem się z sygnalizowaniem wyprzedzania czy dziur w jezdni oraz ogólną kulturą jazdy (chociaż czasami było więcej krzyku :)). Było to ciekawe doświadczenie i okazało się, że w nogach było dużo mocy i dużo rezerw.

Drugi start (Cyklo Krokowa, 12.05.2019) przyniósł już ciekawsze przeżycia, postanowiłem przypiąć się do jakiegoś męskiego peletonu i postarać się wytrzymać. Przyznam się, że otoczony przez karbonowe maszyny czułem niejednokrotnie dziwne spojrzenia współtowarzyszy podróży. Mimo wszystko wyścig przyniósł mnóstwo radości i udało mi się dojechać na całkiem niezłej 86 pozycji. Ten start pokazał, że karbon mimo wszystko daje ale liczy się to co jest w mięśniach, a moje nogi przepalone ostatnimi miesiącami solidnych treningów biegowych okazały się funkcjonować całkiem dobrze również na szosowych podjazdach.

Na trzeci start (Cyklo Gniewino, 19.05.2019) postanowiłem zabrać już… maszynę karbonową, na którą wydałem chyba połowę swoich pieczałowicie zgromadzonych oszczędności. Piękne Bianchi Sprint w kolorze Celeste było czymś o czym zamarzyłem wchodząc w kolarski świat. Cel na wyścig był prosty… utrzymać się z pierwszym peletonem (miejsca 154 oraz 86 pozwoliły mi wejść do pierwszego sektora). Nowy rower szybko sprowadził mnie na ziemię, okazało się… że to jednak jadą nogi i mięśnie, a nie karbon. Pierwszy podjazd zweryfikował wszystko, prawdziwa elita pojechała ale udało się w trakcie wyścigu sformować grupę, która starała się „gonić” czołówkę. Poznałem nowy rower, zdobyłem 85 miejsce open i z niecierpliwością czekałem na kolejny start.

W międzyczasie wybrałem się na profesjonalny bike-fitting w VeloLAB w Gdańsku oraz udało mi się ukończyć pierwszy dystans 200 km podczas pikniku rowerowego Kaszebe Runda.

Przyszedł wreszcie upragniony czwarty start (Cyklo Strzepcz, 23.06.2019). Zmęczony treningiem biegowym (ponad 67 km w tygodniu w tym 26 km komfortowego rozbiegania dnia poprzedniego) nie czułem się zbyt optymalnie. Plan był identyczny jak poprzednio, postarać się trwać jak najdłużej z peletonem elity. Plan udało również się zrealizować tak jak poprzednio :-), pierwszy podjazd zweryfikował wszystkie ambicje. Udało się za to lekko osłodzić ten wyścig, wygrałem „mój peleton” i w konsekwencji zdobyłem 83 miejsce open.

Przede mną jeszcze dwa wyścigi (Cyklo Peplin 04.08.2019 i Cyklo Kartuzy 15.09.2019), na które czekam z niecierpliwością, patrząc na progres (154, 86, 85, 83), za jakiś czas mam szansę wejść do pierwszej dziesiątki ;-).

Bardzo szybko zaraziłem się kolarskim bakcylem, wyścigi rowerowe dają niewątpliwie większe przeżycia niż zawody biegowe, pozwalają bezpośrednio rywalizować z innymi kolarzami, nawet jeżeli w grę wchodzą miejsca 80+. Na szczęście jedno pozostało u mnie niezmienne, miłość do biegania i światopogląd jaki bieganie we mnie wytworzyło. Dlatego tak bardzo zabolało mnie na ostatnim wyścigu, gdy podczas wywiadu z kolarzem, który jest na trasach od 50 lat brakowało oklasków, czy wręcz pojawiły się pół-żarty. To się w biegowym świecie nie zdarza, zawodnicy z takim dorobkiem są otaczani wyjątkową aurą szacunku. Jest to też dziwny rodzaj sportu, gdzie sprzęt mimo, że finalnie nie odgrywa aż takiej różnicy, jest często aż przesadnie eksponowany. To daje dodatkową satysfakcję przy wyprzedzaniu takich zawodników na podjazdach i pokazywaniu mocy w nogach.

Kolarstwo zostanie na pewno w moim życiu na dłużej, rower szosowy pokochałem, a wszystko za sprawą pewnej Magdy, która tą pasję mi pokazała.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *